niedziela, 24 lipca 2016

Wrap up| lipiec 2k16

     A więc lipiec był miesiącem obfitującym w książki pokroju "młodzieżowego". Prawie wszystkie książki zostały wypożyczone od moich trzech wspaniałych kuzynek, które z miejsca chciałabym pozdrowić i podziękować za polecenie mi najlepszej książki tego lata. No dobrze, może trochę przesadziłam. Tego lipca. Ale o tym za raz.

     Pierwszą przeczytaną przeze mnie cegiełką był pierwszy tom serii "After" czyli "Płomień pod moją skórą". To opowieść nieco erotyczna, ale nie oszukujmy się. .. która teraz taka nie jest ?
     Anna Todd nie dała mi przeczytać innej książki. Wręcz zmusiła mnie do przeczytania kolejnej części sagi pt.; "Już nie wiem kim bez ciebie jestem". I tak robiła w każdym rozdziale. Nie wiem, dlaczego wszyscy uważają drugą część za rozczarowanie. Mi osobiście podobała się bardziej niż pierwsza.
     Po powrócie z Gdańska, w którym przeczytałam poprzednią cegłę, od razu przejechałam do Tobołowa, jednymi słowa to istne pustkowie. Idealne do czytania niezliczonych pokładów książek.
    I tak oto, sięgnęłam po "Ugly love" autorstwa Collen Hoover. I o jeju! To coś naprawdę niesmowitego. Pokazuje naprawdę brudną stronę miłości. A te fragmenty ze strony Milesa pisane wierszem, były po prostu PERFEKCYJNE. Recenzja niedługo się pojawi.
     I tak kolejna powieść tej samej autorki trafiła w moje łapki. "Maybe someday" czyli cicha opowieść o cichym człowieku. Nie chcę nic zdradzać, gdyż każdy szczegół byłby po prostu spojlerem.
     Do moich czytadeł trafiło również "Losing hope" czyli Hopeless pisane przez myśli Holdera.
      I największe zaskoczenie tego lipca... przed państwem "Black ice" Becci Fitzpatric. Recenzja już niedługo.
      O "Kochani dlaczego się poddaliście" wypowiem się gdy już ją przeczytam do końca ;)

A więc to tyle.
XoXo
Poniaczyk


czwartek, 28 kwietnia 2016

"Skoczyć?"

Jastrzębia Góra, 17.04.2016r.
Moja miła...
                   Bez Ciebie słońce nie świeci, ptaki nie śpiewają, wiatr ani drgnie. Od kiedy odeszłaś, odczuwam wszechogarniający smutek. Przez te kilka miesięcy nic, tylko wszechobecna żałość. Gdyby wyrazić me uczucia procentami, wskaźnik pokazałby 99% smutku i 1% głodu. Albowiem jestem głodny miłości. Stoję teraz na krawędzi tego samego klifu, nad którym miejsce miał Nasz ślub. Jednak, jedno pytanie nieustannie mnie nurtuje..."skoczyć?"
                   Zamiast wpatrywać się w dół, jak klasyczny samobójca, patrzę w dal. Może niekoniecznie, przecież piszę ten list. Wracając do "dalekiej dali", jak to zwykłaś mówić, ponad horyzontem zachodzi słonko bez blasku. Znów nasuwa się epizod, "skoczyć?". Byłaś całym światem, a gdy Cię nie ma, nie ma świata. Ni ma jasności, ni ma ciemności. Ni ma księżyca, ni ma gwiazd. Przenoszę wzrok na sklepienie niebieskie. Musisz mi wybaczyć, że piszę z małym opóźnieniem, ale chyba rozumiesz, że właśnie mam zamiar zrzucić się z urwiska. Lecz wpierw pora wypełnić korespondencje. Czy można tak nazwać wysyłanie listów bez wcześniejszych odpowiedzi? Uznajmy, iż tak. Bałtyk jest dziś usiany małymi falami, co jest dość niepokojące, bo nie wieje. Spoglądam na felazę. Skarpa pokryta jest gęsto krzewem cierniowym, przynajmniej ja jako schizofrenik wszędzie widzę ciernie. Rozpadlinę porastają głęboko ukorzenione, rozłożyste drzewa. Gdzie niegdzie przeplatają się fioletowe kwiaty. "Skoczyć?". Jakbym skoczył wpierw połamałbym wszystkie żebra, po tym skręciłbym kark, by na koniec zwisnąć na gałęzi. Trochę to niesmaczna wizja, za to prawdziwa. Widać jak kamienie przy brzegu porosło zielone lico. Fale rozbijają się o linię brzegową. Mewy polując, latają nisko. Mała dziewczynka bawi się niebezpiecznie blisko wody. Ty nie zdążyłaś już zobaczyć naszej córeczki. Ja zresztą też nie zdążyłem jej pożegnać. Umarła zaraz po Tobie. Odebrano mi ją jak Ciebie. Twa mama spytała mnie na Twoim pogrzebie "-Dlaczego dobrzy ludzie umierają", na to ja kompletnie oszołomiony odrzekłem "-Jeżeli jesteś w ogrodzie jakie kwiaty zbierasz? Te najpiękniejsze.". Co nie zmienia faktu, że nadal dominuje we mnie żal. Tak za Tobą tęsknie. I wiem, iż Ty również. Jednakowoż nie martw się, już do Was idę. I choć niebo zaróżowione, i muzyka tak słodka, a tort czekoladowy tak dobry, dołączę do Was. Skoczyć.
                     Mam nadzieję, że w niebie (gdyż na pewno tam właśnie trafiłaś) mają pocztę i przeczytałaś wszystkie z moich rozgoryczonych, pełnych użalania się nad sobą wiadomości. Odpowiedz przekażesz mi już wkrótce.
Do zobaczenia!
Na zawsze Twój

by Małgorzata E.
wszelkie prawa zastrzeżone

czwartek, 4 lutego 2016

"Była niczym jesień"

          Płomienie cicho tańczą w kominku. Palenisko jest niczym sala balowa dla ognia, gdzie tancerze zmysłowo poruszają się w akompaniamencie jednego z preludiów Chopina. Ten żar oplata pomarszczoną twarz pana Tadeusza.
          Liczy już trochę ponad siedemdziesiąt lat i nadal zaciekle walczy, by przedłużyć życie. Na tak długo jak to tylko możliwe. Choć pojawia się ochota, by ją zobaczyć, by choćby na chwilę spojrzeć w jej oczy niegdyś płonące jasno, oświecające jemu drogę. Jego niegdyś mahoniowe włosy spowiła siwizna. W obliczu szału próbował ją farbować na kolory, na które zdobywają się tylko rozgoryczone nastolatki. Róże, czerwienie czy neony żółci nie są mu obce. Tak to trwało dopóki, dopóty nie pogodził się z bezlitośnie mijającym czasem. Tatuaże pokrywające jego starcze ciało, co rusz przypominają mu o niezliczonych młodzieńczych przygodach. Na przykład jak zabrał ją do Chaing Mai na Festiwal Owoców bez żadnych rzeczy w walizce. W oczach tak jasnych, że niemal zlewającymi się z białkami, widać zmęczenie rozmyślaniem o rzeczach i tak za mało ważnych. Wokół ust wokół ust powstały nieliczone zmarszczki spowodowane częsty uśmiechem dla wnuków, wyciągających do nich swe małe, pulchne rączki. Gdy się nad nimi zamartwiał  marszczył w trwodze brwi, obwiniając się za ich przewinienia. Z postury był raczej drobny, lata zawodowego kolarstwa odbiły swe piętno zostawiając go szczupłym o dobze zarysowanych mięśniach nóg, korpusu i ramion stworzonych do grania na wiolonceli, którą tera do siebie tuli w wielki fotelu.


             Wygląda jakby chciał się w nigo wtopić. Wiolonczelę nazwawał Zmierzchem, gdyż od chwili gdy dostał je w podarunku od swych dzieci, grywał na niej co wieczór smutne, długie sonaty. Dorobił się pokaźnej czwórki pierworodnych, które teraz zdobywają świat sztuki.
           Jagoda o dokładnie odwzorowanych oczach ojca jest teraz skrzypaczką solistką. Podróżuje w wzdłuż i wszerz Anglii, bo tam właśnie się wychowała, grając w potach szantowe grajki.
           Zygmunt, który o dziwo nie odziedziczył urody po żadnym z rodziców, bo karnacje ma co najmniej dwa razy ciemniejszą, a ród Kaczorskich słynie ze swej pergaminowej skóry, gra teraz w kościele na kolejnej długiej mszy na organach. Jego palce i stopy wędrują od jednego klawisza do drugiego w poszukiwaniu sensu melodii.
           Alicja, choć głos jej koi zszargane nerwy i łagodzi stres wszystkich, co mieli zaszczyt ją usłyszeć, wybrała się ścieżką medycyny. Teraz jako lekarz psychiatra pomaga wszystkim tylko nie sobie, z dnia na dzień schodząc na dno depresji, a gdy już będzie groboleć w mule, piasek ją zasypie, odcinając dopływ powietrza i wyda z siebie ostatnie tchnienie.
          Mała Grażynka nie miała nawet szansy skąpać się w promieniach słońca. Odeszła z tego świata już po pierwszym oddechu... Zabierając ze sobą matkę.


          Cycylia jego wybranka . Jej jedynej okrutny Niemiec -alzheimer nie zabierze ukradkiem ze wspomnień Tadeusza. Pamięta nawet jak po raz pierwszy zatopił się w głębi jej oczu.
          Porównywał ją do jesieni. Włosy rdzawe jarzące się własnym blaskiem. Rysy twarzy delikatne, bez żadnej bruzdy. Nosek uroczo zadarty ku niebu. Ślepia nienaturalnie ogromne błyszczące zielenią zbliżoną do trawy po deszczu. Na bladej poświacie wykwitły pomarańczowe piegi, widoczne szczególnie w okolicach podkrążonych powiek, małego nochala, pokaźnego dekoltu oraz delikatnych dłoni artystki. Jej sztuka natomiast była dla oka. "Rób sztukę, by być sztuką"- tak właśnie brzmiała jej dewiza. Miała w zwyczaju okrywać swe szczupłe, lecz nie przesadnie ciało golfami koloru musztardy i długimi aż po ziemię spódnicami. Naturę miała wybuchową tak jak obrazy. Abstrakcje były zarówno częścią jej jak i jej dzieł, które tworzyła niemal nieustannie, słuchając idealnej gry męża.
          Po jej śmierci Tadzio, tak go zwykła nazywać, stracił całą werwę płynącą wraz z jego krwią. Przechadzał się co rusz po pobliskim parku w ranki, popołudnia, wieczory... ogólnie to ciągle tam przebywał. Był tak załamany, że niemal zapomniał o swoich pociechach.
           Zygmunt jako najstarszy przejął wtedy pieczę nad wychowaniem młodej wówczas Jagody, która mając zaledwie dziewięć lat całkowicie przestała się odzywać. Nie widziała sensu, aby to robić, już od wczesnych lat była typem samotnika z późnego porodu (Cycylia liczyła w trakcie połogu 40 lat) i rozmawiała jedynie rodziną. Gdy jej milczenie minęło, głos wydawał się silniejszy i poważny na ile, na tyle poważny może być głos ośmiolatki.



           Ojciec uświadomił sobie swój karygodny błąd dopiero dwa lata później, siedząc na samotnej ławce usadowioną przy wierzbie płaczącej. Jakże piękny kontrast. Płakał razem z strąkami liści , one spadały jak jego gorzkie łzy. Wrócił, więc do tych co stworzył, jednak już dorosłych. Było już za późno zarówno dla nich jak i dla niego na pomoc, jaką miał im do zaoferowania.
           Znów nastąpiła rozpacz. Znów oczy zalśniły smutkiem. Znów samotność zagościła w życiu. Znów, znów, znów i zwariował i zwariował. Wspomnienia poczęły się zacierać, przeżycia stawały się bledsze od jego cery. Natomiast ujrzał swój błąd. Jego potomkowie porzucili go tak samo jak on. Trafił do ośrodka zamkniętego.
           Już nie mógł wychodzić na wolne powietrze, ani patrzeć na gwiazdy rozsiane na jesiennym niebie. Nie uzyskał od nich pożądanego ratunku psychicznego. Tyko leki. Funkcjonariusze widzieli już taki ogrom krzywdy ludzkiej, iż całkiem zobojętnieli. Posadzili go w tym wielkim fotelu pomiędzy paleniskiem a oknem wykuszowym z Zmierzchem, czekając na kraniec jego dni.
         Teraz wiedząc, że to już  koniec pozwolono mu wyjść na ogrody. Świeże powietrze buchnęło mu w twarz. Był słoneczny, jesienny poranek, kiedy umierał z jej z jej imieniem na ustach powtarzanym jak mantrę. Cycylio. Cycylio. Cycylio. Oddał duszę zimnemu, listopadowemu wiatrowi wraz z spadającymi liśćmi koloru  jej włosów.

To moje autorskie opowiadanie. Wszelkie prawa zastrzeżone. by
PONIACZYK

niedziela, 31 stycznia 2016

Blog Trailer

                Witajcie (i tak nikt tego nie czyta) na moim blogu.
Znajdziecie tu między innymi
                                               moje autorskie opowiadania/fanfiction
                                               recenzje książek/filmów/seriali
                                               przepisy wegańskie bezglutynowe
                                               vlogi o podróżach
                                               tag: minimalizm
                                               inerpretacje poezji/piosenek

Pisanie od zawsze było moją pasją. Pisanie czegokolwiek i jakkolwiek. Od dawna buszuję w internecie w poszukiwaniu inspiracji do tworzenia rzeczy pięknych, ku uciesze oka. Niedawno przechodziłam kryzys weny, ale to całkowicie normalne. Każdy wielki to przechodził.

Ten blog będzie prosty, minimalistyczny pod każdym względem oraz subtelny. Moje palce będą delikatnie muskać klawiaturę, by zadowolić rosnące grono (mam nadzieję) czytelników.

Styl życia, który prowadzę da się tu we znaki. Może i nie uzyskam tylu subskrybcji ile bym otrzymała będąc typowym mięsożercom, bo nie ukrywajmy- Polska jest krajem płynącym masłem i śmietaną. Nie mnie oceniać, dlatego nie znajdziecie tu krytyki.

Minimalizm, który powoli wprowadzam w swoje życie jest czymś, czym chciałabym się dzielić, bo to naprawdę cudowna sprawa poprawiająca jakość życia. Otwierająca oczy na to co do tej pory nie dostrzegaliśmy, co zostało zasłonięte nadmiarem niepotrzebnym nam przedmiotów. Ja chce je ukazać i bez całego przejścia na minimalizm.

Podróże zawsze były i będą częścią mojego życia. I choć tak krótkie to pod tym względem szczęśliwe. Zdjęcia może i nie będą prosjonalne czy high fashion, ale i tak będą mieć dla mnie ogromne znaczenie.

To na dziś wszystko. Mam nadzieję, iż nie zraziłam Was (i tak nikt tego nie czyta) już w pierwszym wpisie.

                            

                            

Zawsze Wasza
PONIACZYK