Liczy już trochę ponad siedemdziesiąt lat i nadal zaciekle walczy, by przedłużyć życie. Na tak długo jak to tylko możliwe. Choć pojawia się ochota, by ją zobaczyć, by choćby na chwilę spojrzeć w jej oczy niegdyś płonące jasno, oświecające jemu drogę. Jego niegdyś mahoniowe włosy spowiła siwizna. W obliczu szału próbował ją farbować na kolory, na które zdobywają się tylko rozgoryczone nastolatki. Róże, czerwienie czy neony żółci nie są mu obce. Tak to trwało dopóki, dopóty nie pogodził się z bezlitośnie mijającym czasem. Tatuaże pokrywające jego starcze ciało, co rusz przypominają mu o niezliczonych młodzieńczych przygodach. Na przykład jak zabrał ją do Chaing Mai na Festiwal Owoców bez żadnych rzeczy w walizce. W oczach tak jasnych, że niemal zlewającymi się z białkami, widać zmęczenie rozmyślaniem o rzeczach i tak za mało ważnych. Wokół ust wokół ust powstały nieliczone zmarszczki spowodowane częsty uśmiechem dla wnuków, wyciągających do nich swe małe, pulchne rączki. Gdy się nad nimi zamartwiał marszczył w trwodze brwi, obwiniając się za ich przewinienia. Z postury był raczej drobny, lata zawodowego kolarstwa odbiły swe piętno zostawiając go szczupłym o dobze zarysowanych mięśniach nóg, korpusu i ramion stworzonych do grania na wiolonceli, którą tera do siebie tuli w wielki fotelu.
Wygląda jakby chciał się w nigo wtopić. Wiolonczelę nazwawał Zmierzchem, gdyż od chwili gdy dostał je w podarunku od swych dzieci, grywał na niej co wieczór smutne, długie sonaty. Dorobił się pokaźnej czwórki pierworodnych, które teraz zdobywają świat sztuki.
Jagoda o dokładnie odwzorowanych oczach ojca jest teraz skrzypaczką solistką. Podróżuje w wzdłuż i wszerz Anglii, bo tam właśnie się wychowała, grając w potach szantowe grajki.
Zygmunt, który o dziwo nie odziedziczył urody po żadnym z rodziców, bo karnacje ma co najmniej dwa razy ciemniejszą, a ród Kaczorskich słynie ze swej pergaminowej skóry, gra teraz w kościele na kolejnej długiej mszy na organach. Jego palce i stopy wędrują od jednego klawisza do drugiego w poszukiwaniu sensu melodii.
Alicja, choć głos jej koi zszargane nerwy i łagodzi stres wszystkich, co mieli zaszczyt ją usłyszeć, wybrała się ścieżką medycyny. Teraz jako lekarz psychiatra pomaga wszystkim tylko nie sobie, z dnia na dzień schodząc na dno depresji, a gdy już będzie groboleć w mule, piasek ją zasypie, odcinając dopływ powietrza i wyda z siebie ostatnie tchnienie.
Mała Grażynka nie miała nawet szansy skąpać się w promieniach słońca. Odeszła z tego świata już po pierwszym oddechu... Zabierając ze sobą matkę.
Cycylia jego wybranka . Jej jedynej okrutny Niemiec -alzheimer nie zabierze ukradkiem ze wspomnień Tadeusza. Pamięta nawet jak po raz pierwszy zatopił się w głębi jej oczu.
Porównywał ją do jesieni. Włosy rdzawe jarzące się własnym blaskiem. Rysy twarzy delikatne, bez żadnej bruzdy. Nosek uroczo zadarty ku niebu. Ślepia nienaturalnie ogromne błyszczące zielenią zbliżoną do trawy po deszczu. Na bladej poświacie wykwitły pomarańczowe piegi, widoczne szczególnie w okolicach podkrążonych powiek, małego nochala, pokaźnego dekoltu oraz delikatnych dłoni artystki. Jej sztuka natomiast była dla oka. "Rób sztukę, by być sztuką"- tak właśnie brzmiała jej dewiza. Miała w zwyczaju okrywać swe szczupłe, lecz nie przesadnie ciało golfami koloru musztardy i długimi aż po ziemię spódnicami. Naturę miała wybuchową tak jak obrazy. Abstrakcje były zarówno częścią jej jak i jej dzieł, które tworzyła niemal nieustannie, słuchając idealnej gry męża.
Po jej śmierci Tadzio, tak go zwykła nazywać, stracił całą werwę płynącą wraz z jego krwią. Przechadzał się co rusz po pobliskim parku w ranki, popołudnia, wieczory... ogólnie to ciągle tam przebywał. Był tak załamany, że niemal zapomniał o swoich pociechach.
Zygmunt jako najstarszy przejął wtedy pieczę nad wychowaniem młodej wówczas Jagody, która mając zaledwie dziewięć lat całkowicie przestała się odzywać. Nie widziała sensu, aby to robić, już od wczesnych lat była typem samotnika z późnego porodu (Cycylia liczyła w trakcie połogu 40 lat) i rozmawiała jedynie rodziną. Gdy jej milczenie minęło, głos wydawał się silniejszy i poważny na ile, na tyle poważny może być głos ośmiolatki.
Ojciec uświadomił sobie swój karygodny błąd dopiero dwa lata później, siedząc na samotnej ławce usadowioną przy wierzbie płaczącej. Jakże piękny kontrast. Płakał razem z strąkami liści , one spadały jak jego gorzkie łzy. Wrócił, więc do tych co stworzył, jednak już dorosłych. Było już za późno zarówno dla nich jak i dla niego na pomoc, jaką miał im do zaoferowania.
Znów nastąpiła rozpacz. Znów oczy zalśniły smutkiem. Znów samotność zagościła w życiu. Znów, znów, znów i zwariował i zwariował. Wspomnienia poczęły się zacierać, przeżycia stawały się bledsze od jego cery. Natomiast ujrzał swój błąd. Jego potomkowie porzucili go tak samo jak on. Trafił do ośrodka zamkniętego.
Już nie mógł wychodzić na wolne powietrze, ani patrzeć na gwiazdy rozsiane na jesiennym niebie. Nie uzyskał od nich pożądanego ratunku psychicznego. Tyko leki. Funkcjonariusze widzieli już taki ogrom krzywdy ludzkiej, iż całkiem zobojętnieli. Posadzili go w tym wielkim fotelu pomiędzy paleniskiem a oknem wykuszowym z Zmierzchem, czekając na kraniec jego dni.
Teraz wiedząc, że to już koniec pozwolono mu wyjść na ogrody. Świeże powietrze buchnęło mu w twarz. Był słoneczny, jesienny poranek, kiedy umierał z jej z jej imieniem na ustach powtarzanym jak mantrę. Cycylio. Cycylio. Cycylio. Oddał duszę zimnemu, listopadowemu wiatrowi wraz z spadającymi liśćmi koloru jej włosów.
To moje autorskie opowiadanie. Wszelkie prawa zastrzeżone. by
PONIACZYK